Czechy, Svojšín

Jak zostałam archeologiem

Workcamp: Summer in Svojšín

Historię spisała dla nas Agata Kozłowska

Finlandia, Hiszpania, Szwajcaria, Portugalia, Turcja. Te wszystkie projekty już były. A może teraz coś bliżej? Wydaje mi się, że robimy podstawowy błąd, jadąc dalej. Omijamy sąsiadów, tak bliskich, a tak mało znanych. Dlatego postawiłam na czeski workcamp. A jak Czechy, to tylko w zamku. Jak księżniczka. Od brudnej roboty, bo i praca fizyczna! 🙂

Svojšín to niewielka wieś w kraju pilzeńskim, w zachodniej części Bohemii. Około 400 mieszkańców, jeden sklep, dwa puby, poczta. Dawniej kulturowy miks, bo mieszkali tu Niemcy, Czesi i Żydzi. I barokowy zamek o dwóch twarzach na niewielkim wzgórzu. Z przodu jak z bajki – złota fasada, liczne okna odbijające światło słońca, równiutko ułożone pomarańczowe dachówki, romantyczny park z przyciętą soczyście zieloną trawą i wysypanymi drobnym żwirem alejkami. Z tyłu jest jak brzydsza siostra. Brakuje szyb i drzwi, farba odchodzi płatami, czerwone cegły szczerzą zęby. I tylko z prawej strony bieleje całkowicie odnowiony kościółek, zresztą podczas jednego z workcampów.

A więc mieszkamy na zamku. Dwie Czeszki, dwoje Polaków, Rosjanka, Francuz, Turek, Niemka, Węgierka, Koreanka, Tajwanka i Hiszpanka. Knedlików mamy dość po kilku dniach, czeskiego piwa za to nigdy za wiele. Sami gotujemy piekielnie pikantny ryż po koreańsku, sytą torillę, węgierską potrawę paprykową, ratatouille i wiele innych  – w końcu to dwa tygodnie. Z początku nieufni, już drugiego wieczora gadamy jak najęci, jak byśmy się znali od wieków. Tworzy się ta jedyna w swoim rodzaju wolontariacka społeczność. Trwa tylko chwilę, ale jest niezwykła. Ciepła, otwarta, pełna zaufania. Nie da się jej wytłumaczyć, trzeba to poczuć. Nie zawsze powstaje na projekcie, tego lata mieliśmy szczęście. Właściwi ludzie zebrali się razem we właściwym czasie, żeby dać coś z siebie. A przy okazji poznać Czechów i Bohemię.

Praca. Przede wszystkim ma sens. Widać, że pomagamy społeczności. To w wolontariacie jest najważniejsze, żeby nasza praca coś dawała, żeby coś po nas zostało. Po nas akurat zostają nowe ścieżki spacerowe na tyłach parku. Niezliczona liczba uderzeń kilofem, wybieramy łopatą, potem bawełna, kamienie i wreszcie jasny piasek. Te starsze oczyszczamy z chwastów, chociaż to akurat trochę syzyfowa praca. I byłoby tak całe dwa tygodnie, gdyby nie odkrycia, które zmieniły charakter całego projektu. Odkopana zabytkowa studnia i pozostałości po dawnym zamku. Bo nieważne gdzie zaczęliśmy kopać, wszędzie trafialiśmy na fragmenty zabytkowych ścian i murów. A takie coś trzeba przecież porządnie odsłonić. Kopać dookoła, sprawdzić, gdzie się kończy, oczyścić z ziemi i wezwać archeologa. Niech popatrzy, powie co i jak. Przy okazji znajdowało się małe skarby. Stare monety, barokowe naczynia, nietypowe kamienie, które archeolog nazywał „barokowymi” i kazał odkładać na odrębną kupkę. To nie nowość, w zamku jest wystawa przedmiotów znalezionych przez poprzednie projekty. I tak oto workcamp zamienił się w archeologiczny. I dziewczyny z kilofem i łopatą, pracujące w pocie czoła w pełnym słońcu, po tygodniu przestały dziwić, a zostały ochrzczone pieszczotliwie „babińcem” (oczywiście wymawiane z czeskim akcentem).

Została jak zwykle kupa wspomnień i zdjęć. Pęcherze na dłoniach, które szybko zniknęły. Nowe znajomości, które może przetrwają, może nie. Na pewno przetrwa nasza praca. Trochę mniej zaniedbany zamek, nowe ścieżki w planowanym parku na tyłach, odsłonięta dawna ceglarnia w lesie i studnia na wewnętrznym dziedzińcu. Ludzie, którzy żegnali nas z uśmiechem.

Wyjazd odbył się w roku 2012.