Finlandia, Piippola

Nie możemy już bez siebie żyć

Workcamp: Piipola

Historię spisała dla nas Ania Lachtera

Dziennik z projektu w Finlandii.

28.06.

Dzisiaj spełnię swoje marzenie. Wsiądę do samolotu i polecę, hen wysoko, do mojej ukochanej Finlandii. Nie jestem pierwszą osobą, która się tam wybiera, choć wielu ludziom nawet przez myśl nie przejdzie, żeby to właśnie Kraj Tysiąca Jezior obrać za cel swojej podróży. A jednak mam wrażenie, że spotyka mnie coś niezwykłego. Wszystko wokół mnie, Złote Tarasy i Dworzec Główny w Warszawie, zdaje się być teraz szare i do bólu zwyczajne…

W samolocie

Pilot jest Finem i przywitał mnie (oraz dwudziestu kilku innych pasażerów) po fińsku. Usłyszeć ten piękny język na żywo – bezcenne.
Cała załoga posługuje się językiem elfów. Jestem w niebie… dosłownie! Spoglądając przez okno widzę jedynie chmury. Wiem, że jeszcze na to za wcześnie, w końcu niecałe pół godziny temu samolot wystartował, ale ja wciąż mam wrażenie że gdzieś, pomiędzy tymi obłoczkami, widzę już Helsinki.

W Helsinkach

Wylądowałam. Jestem na Lotnisku w Vaancie, za prawie trzy godziny mam kolejny samolot do Oulu. Stamtąd wsiądę w autobus, który zawiezie mnie do celu mojej podróży – Piippoli.
Jest godzina 22:56 (czasu fińskiego), a na zewnątrz tak jasno, jakby była najwyżej 18. Czekam na Katerinę, dziewczynę z Czech, która także bierze udział w wolontariacie. Nie mogę się z nią skontaktować. Albo jest jeszcze w samolocie, albo mój telefon nie działa i czeka mnie samotnie spędzona noc na lotnisku w Oulu. Korzystając z tego, że mam jeszcze kilka godzin do odlotu, wyszłam przed lotnisko. Tam chciałam zrobić zdjęcie pierwszego Fina, z którym rozmawiałam, ale nie był tym faktem szczególnie zachwycony…

29.06.

Już w Oulu. Na lotnisku nie było dosłownie żywej duszy. Razem z Kateriną spałyśmy na kanapach przy wyjściu. To znaczy, ja spałam. Ona wolała robić mi zdjęcia. O 6 rano dotarłyśmy do centrum miasta w nadziei na znalezienie otwartej kawiarni. Okazało się, że żadna kawiarnia nie jest otwierana przed 7:30, więc przez ponad godzinę siedziałyśmy na ławce i dosłownie zamarzałyśmy. Nigdy nie zapomnę smaku maiotkahvia ilman sokeria pitej w fińskiej kawiarence, po nocy spędzonej na lotnisku bez jedzenia i wody…

Już w Piippola!
Na przystanku przywitały nas Heidi i Johanna. Heidi jest kimś w rodzaju naszej szefowej. Jesteśmy zakwaterowane w szkolnym akademiku, w dwuosobowych pokojach. Każdy ma tutaj swoją własną kuchnię, jest tutaj także kuchnia wspólna, pokój spotkań (hanging out room, jak to określiła Heidi) ze stołem do bilardu i wielkim telewizorem z karaoke, oraz najbardziej fiński punkt programu – sauna!

30.07.

Dziś był dzień zapoznawczy, czyli wycieczka na folkowy festiwal dla dzieci.
Wieczorem byliśmy w tradycyjnej fińskiej saunie, później czekał nas poczęstunek przygotowany przez Ansku oraz domowej roboty fińskie nalewki!

1.07.

Dziś – Kesateatteri (letni teatr) i sztuka “Rikos ja Rakkaus”. Rano największe śniadanie na świecie i znowu maitokahvia ilman sokeria. Mario (wolontariusz z Angoli, na co dzień mieszka w Helsinkach) zaoferował się, że zrobi obiad. Przez dwadzieścia minut próbowaliśmy wyciągnąć z niego, co zamierza upichcić, on się jednak tylko śmiał. Podejrzane…

2.07., w kuchni

Siedzimy z Olyą i Kateriną przy fińskiej herbatce, jemy czekoladę i rozmawiamy. Ja mówię po polsku, Katerina po czesku, Olya zaś po ukraińsku i doskonale się rozumiemy. Katy powiedziała, że polski język brzmi jak szum zamiatanych liści, bez przerwy tylko “sz”, “cz” ,“ż”,”ź”.
Teraz dziewczyny próbują przeczytać to, co do tej pory napisałam. Twierdzą, że to jest już zupełnie niezrozumiałe, ale to jest raczej spowodowane moimi brakami w kaligrafii…

3.07.

Jest 35 minut po północy. Właśnie wróciłam ze spaceru z Saarą, która z jakiegoś powodu chce wyjechać z Finlandii. Nie potrafię tego zrozumieć, gdybym mogła, nigdy bym stąd nie wracała.

Później…

Dzisiejszy dzień spędziłam na robieniu papierowych zwierzątek i sprzątaniu szkoły, czyli na przygotowywaniu festiwalu. W końcu po to tutaj przyjechałam! Później poszliśmy grać w billard z Aleksem, który chyba nie bardzo rozumie, co do niego mówimy. Za to gra bardzo dobrze, mimo że twierdzi, że nigdy wcześniej nie widział stołu bilardowego na żywo.
Aleks jest Rosjaninem z krwi i kości. Dorwał się do rosyjskiego karaoke i chyba obrał sobie za cel wyśpiewanie nam wszystkich rosyjskich piosenek. Jak do tej pory, wszelkie próby odebrania mu mikrofonu zakończyły się klęską, ale Mario i Heidi wciąż walczą.

4.07.

Znów nie zauważyłam, że jest środek nocy. Tak długo, jak nie spojrzę na zegarek i nie pójdę do łóżka, nie czuję żadnego zmęczenia.

Dzisiaj zrobiłyśmy z Saarą kolorową świnię z papieru. Później upiekłam swoje pierwsze fińskie riisiipirakka. Jest to rodzaj pierożków nadziewanych ryżem. Oczywiście, w międzyczasie wypiłam milion maitokahvia ilman sokeria!

8.07.

Przez kilka ostatnich dni zaniedbała pisanie dziennika, ale to nie moja wina. Tyle się działo, że szkoda mi było zamykać się w pokoju, żeby naskrobać kilka zdań.
W czwartek był dalszy ciąg przygotowań do festiwalu, rozkładaliśmy wielki namiot koncertowy i przyklejaliśmy kolorowe motylki do szyb.

W piątek, po dniu pełnym pracy, odbył się pierwszy koncert. Najpierw wystąpił lokalny chór, a potem… podeszła do mnie Petra i powiedziała, że teraz moja kolej. Moja kolej na co? – pomyślałam. Chwilę potem wylądowałam na scenie z gitarą w ręku, ustawiono przede mną mikrofon i kazano śpiewać. Podczas występu trzęsły mi się nogi, cud, że nie spadłam z krzesła…

9.07.

“Piippolan Vaarin Lastenfestivali”. Milion dzieci, dużo zwierząt i siana. Większość czasu spędziłam w kuchni z Makedą podgrzewając zupę i zmywając naczynia. Alex w końcu wziął prysznic, do którego praktycznie siłą go zaciągnęliśmy.
Później byłam w saunie w najpiękniejszym domu na świecie. Po raz pierwszy weszłam do lodowatej i rwącej rzeki, co czyni ze mnie prawdziwą Finkę.

Wieczorem Olya wyciągnęła z torby koniak ukraiński. Usiedliśmy przy stole w kuchni i każdy wygłosił krótką mowę, z której jasno wynikało, że nie możemy już bez siebie żyć.

10.07.

Znowu jestem na lotnisku… Droga powrotna jest zdecydowanie mniej radosna, ale spodziewałam się tego, że będę chciała zostać w Piippolii na zawsze.

Wczoraj organizatorzy festiwalu pożegnali nas fińskimi naleśnikami, było pełno zdjęć i uścisków. Nie obyło się też bez zapewnień, że jeszcze wrócimy do Finlandii.
Ja wrócę na pewno!

Wyjazd odbył się w roku 2012.